Witam Was ponownie i z góry dziękuję za przeczytanie tego przydługiego postu.
Tak jak zapowiadałam opisuję wam historię mojego Serka. Nie potrafiłam się za to zabrać, ale obecna sytuacja w domu zmusiła mnie do opisania jego historii i do... poproszenia was po raz kolejny o poradę. Podczas gdy Sindusia ma się świetnie, z każdym dniem zdrowieje, i patrząc na nią z boku, ktoś kto nie wiedziałby że jest po paraliżu, w życiu by nie powiedział że jeszcze 2 tygodnie temu nie potrafiła chodzić. Ale teraz z kolei choroba dopadła mojego drugiego bullika, Serka. Niestety jest to coś gorszego niż tradycyjne choróbsko, bo jemu po prostu odbiło. Z dnia na dzień zaczął dziwnie reagować na moich rodziców, a konkretnie na tylko jedną zwykłą codzienną sytuację: zapinanie go na smycz. Kiedy już Serek jest zapięty to normalnie daje się wyprowadzić. Jest tylko problem ze zbliżeniem się do niego ze smyczą i zapięciem go na nią. Sytuacja ta trwa już ok.10 dni, dokładnie od czasu jak Sindusia wróciła z kliniki. I o dziwo tylko tak reaguje na moich rodziców, podczas gdy ja mogę wszystko przy nim robić. Inną sprawą jest, że to mnie obrał sobie „za pańcię” i to do mnie ma największe zaufanie. Dochodzi więc do absurdalnych sytuacji, kiedy Cerber nawarczy na rodziców, gdy ci chcą go wyprowadzić na dwór i ja muszę wtedy go im zapinać na smycz. Wtedy już grzecznie idzie z nimi gdzie tylko chcą. Problem się pojawia, gdy idą z nim na działkę. Kilkakrotnie musiałam przyjeżdżać, bo Serek nie dawał zapiąć się na smycz i przyprowadzić do domu. Więc szybko wsiadałam w auto, zapinałam smycz i piesek już grzecznie szedł do domu. Oczywiście swoją niechęć do zapinania go przez rodziców na smycz okazuje bardzo manifestacyjnie, warczy i straszy, wygląda to nie jakby tylko ostrzegał, ale jakby szykował się już do ataku. Nie wiemy co mu odbiło. Że tak radykalnie zmieniło się jego podejście do rodziców, których do niedawna traktował jak normalnych domowników, podczas gdy mnie się słucha i na wszystko mi pozwala. No nie powiem, raz kiedy mu zapinałam parę dni temu smycz nawarczał na mnie, ale w tym momencie nie wystraszył mnie tylko solidnie wkurzył, krzyknęłam na niego dość głośno, że „fe” i że „brzydki pies” i odesłałam na posłanie. Kolejna próba po 5 minutach odbyła się już bez problemów. Niestety rodzice mimo wypróbowania tej samej techniki (time out) nic nie wskórali. Obawiam się, że w głębi za bardzo się go boją i pies to wyczuwa. Dodam tylko, że Serek cały czas chodzi w obroży po domu, aby ułatwić moim rodzicom zapięcie na smycz, podczas mojej nieobecności (przyznam że niewiele to daje, i tak nie pozwala im się zbliżyć ze smyczą). Aha, smycz jest ta sama od roku, automatyczna, więc na pewno nikt mu nią nie przylał, ani nie jest to lęk przed nowo zakupionym przedmiotem. Dodatkowo rodzice wypierają się jakoby kiedykolwiek sprawili mu choć lekkiego klapsa, więc nie wiedzą w jaki sposób mogli się przyczynić do jego tak dziwnego zachowania. Wczoraj zrobiłam próbę, poprosiłam mamę wieczorem aby zapięła go na smycz, tak jak zazwyczaj z nim wychodzi, bo chciałam to zobaczyć. I mama faktycznie, mimo iż mówiła że się go nie boi, bardzo nerwowo do niego podchodziła, nieswojo, chodziła wokół niego dłuższą chwilę zanim go zapięła, jakby się go bała. I jestem wręcz pewna że ona się go boi i pies to wyczuwa. Nie zmienia to jednak faktu, że Serek zaczął warczeć zanim rodzice zaczęli się go bać, a ich strach przed nim pojawił się dopiero po tym jak zaczął ich straszyć. Więc ich strach sądzę, że tylko potęguje jego absurdalne reakcje i podtrzymuje go w tym zachowaniu. W każdym razie, gdzieś leży przyczyna tej nagłej zmiany jego stosunku wobec rodziców i że trzeba ją po prędku znaleźć i rozwiązać problem zanim poczuje się na tyle pewnie, że pogryzie któregoś z moich rodziców.
Co moim zdaniem mogło wywołać taki obrót sytuacji o 180 st. (wymienię wszystkie rzeczy które wydarzyły się w ostatnim czasie, które były czymś wybiegającym poza schemat codziennego życia mojego bulla):
1. Wyjazd Sindi do kliniki, jej tygodniowa nieobecność, a dokładnie po jej powrocie zaczęły się problemy
2. Ostatnio tylko ja karmię Serka. Jest to spowodowane tym, iż kolega który pracuje jako kucharz, dostarcza mi codziennie spore porcje świeżego gotowanego mięsa. A że rodzicom nie chce się bawić w obieranie tego i porcjowanie to tez ja się tym zajmuję i w konsekwencji ja go karmię. Do niedawna to mama karmiła obydwa psy, tera karmi tylko Sindi.
3. Ostatnio praktycznie tylko ja wyprowadzam Serka na spacery. Rodzice tylko czasem go biorą na działkę.
4. Rodzice poświęcają czas tylko Sindusi, dyskryminując Serka, nawet gdy chce do niej podejść ją powąchać to go odganiają, w obawie że na nią skoczy i w zabawie zrobi jej krzywdę, bo jest jeszcze dość słaba.
A teraz odrobina historii Serka. Przedstawię ją w „zarysie”, gdyż jest ona tak zagmatwana i długa, że można by książkę o nim napisać.
Rok temu pod koniec września planowałam przeprowadzkę z Chorzowa do Gdańska. Ze względu na bezpieczeństwo w nowym miejscu zamieszkania, postanowiłam sprawić sobie bullika. Akurat w tym czasie na Allegro ukazała się aukcja typu: „oddam w dobre ręce słodkiego kochanego dwuletniego psa bullika, z powodu wyjazdu za granicę”. Ja naiwna uwierzyłam w ta przyczynę oddania psa. Psa przygarnęłam ale już tego samego dnia odkryłam jaka była prawdziwa przyczyna oddania psa. Z właścicielem kontakt się urwał. Telefon nie odpowiadał, a na maile tez nie warto było pisac gdyż pozostawały bez echa. Pies wszystkiego się bał, siedział w kącie, tylko warczał, nie pozwalał się dotykać, a na wyciągnięta rękę, nawet jeśli było na niej jedzenie to reagował panicznym strachem i agresją. Nie musze mówić jakim koszmarem musiały być wizyty u weterynarza na początku (do dziś się boi weterynarza jak diabeł święconej wody). A wizyty te były konieczne bo wszystko, dosłownie, miał chore. Począwszy od uszu z grzybem, świerzbem, drożdżami i bakteriami (weterynarz sam nie umiał uwierzyć w wyniki), poprzez zapuszczoną skórę, całą w pęcherzach, pchły, ropę w siusiaku, dłuuuugie pazurska, złamany ogon, wrzód na jąderku, a skończywszy na zielonych całych w kamieniu zębach. Więc leczenie tego psa szło dwutorowo: z jednej strony jego zdrowie fizyczne jak i psychiczne wymagało intensywnej opieki. Leczenie tego drugiego, psychicznego, wymagało o wiele więcej czasu. Trudno powiedzieć co go spotkało w życiu, czego zaznał od ludzi, ale na pewno same przykre rzeczy. Musiałam od podstaw jak dzikiego psa uczyć go, że ludzka ręka to coś dobrego, czego nie należy się bać, z czasem że głaskanie może być miłe i że mu się żadna krzywda nie dzieje, że od machania ogonem też mu korona z głowy nie spadnie. Aż doszliśmy po kilku miesiącach do etapu, że radośnie się witał, lizał po rękach, czasem dostawał kociokwiku, lub są przychodził po pieszczoty i kładł się brzuchem do góry wesoło „chrumkając” z zadowolenia, jak to robią wszystkie bullki kiedy im dobrze. Musiałam go nauczyć że jak piesek jest chory i się zatruje czymś, to w moim domu pies nie dostaje lania za to ze zrobi kupkę lub zwymiotuje na dywan. Zdarza się... trudno.... A Serek w takiej sytuacji chował się w najciemniejszy kąt mieszkania i warczał w kąciku, jakby na zapas, spodziewając się lania. Musiał się też nauczyć że jak pańcia podnosi patyk to tylko po to żeby mu go rzucić a nie mu przyłożyć. Praca jaką włożyłam w tego psa została odkupiona ogromnym poświęceniem, cierpliwości czasu no i dwa razy mnie ugryzł lekko, kiedy przegięłam w swoim dążeniu do osiągnięcia wykonania jakiejś komendy, choć za każdym razem było mu strasznie potem głupio i chodził za mną i mnie lizał. Ale naprawdę było warto, bo zrobiliśmy ogromne postępy i już po około 6-7 miesiącach jego przebywania u mnie zachowywał się prawie jak normalny wesoły bull, choć zdarza mu się do dziś wystraszyć jakiegoś hałasu, nagłego ruchu i nawarczeć w takiej sytuacji lub schować w ciemny kącik. I teraz to... kilka kroków w tył... Serek cofnął się w rozwoju, a to co osiągnęliśmy mam wrażenie, że poszło w niwecz....
Macie jakieś pomysły co może być przyczyną takiego obrotu spraw i jak to „odkręcić”. Bardzo się martwię. Boję się że po prawie roku pracy z Serkiem dojdzie do tragedii, Serek pogryzie któregoś z rodziców i cała praca pójdzie na marne. Gdybym mieszkała sama to nie byłoby problemu, bo w stosunku do mnie Cerberek jest nadal tym samym słodkim ciepłym psem, który patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi czarnymi oczkami jak na jakieś bóstwo. Ale niestety jego zachowanie wobec rodziców jest dla mnie czymś zaskakującym i zupełnie nie wiem gdzie popełniłam błąd (albo moi rodzice).
Będę wam wdzięczna za porady, mam kilka „pomysłów”, ale wolę wpierw usłyszeć wasze propozycje (najlepiej te wypróbowane „w życiu) oraz za pomysły co się stało że tak odbiło mojemu Serkowi.




